Instruowanie pracowników: na ciężarówkę, na czar par, na czarownicę… Refleksje nt. skutecznego wdrażania do pracy stanowiskowej

Instruowanie pracownika – wersja pierwsza

Na ciężarówkę

Basia, młodszy specjalista ds. analiz płacowych, firma outsourcingowa specjalizująca się w usługach HR. Pierwszy tydzień w pracy. Refleksje: „Przez cały tydzień ciągle coś załatwiali, żebym mogła pracować. Komputer na biurko, konto do poczty elektronicznej, dostęp do plików sieciowych, sterowniki do drukarki na piętrze. Niektóre rzeczy trzeba było przypominać ze trzy razy. Większość nie działała dobrze za pierwszym razem. Ale nie ma, co marudzić. Tak jest prawie wszędzie. Przyszedł czas na zapoznanie się z moją pracą. Najpierw przyszedł ktoś z HR i opowiadał o misji, wizji, historii firmy. Takie wprowadzenie. Fajne, ale do samej pracy nieprzydatne. Co mi z misji, jak nie wiem nawet, jak sobie kolejkę zleceń otworzyć. Mój przełożony obiecywał na początku, że znajdzie czas, żeby mi wszystko wytłumaczyć i pokazać. Tak obiecywał. Okazało się, że ganiał tu i tam, gasił pożary. Więc ostatecznie tego czasu nie znalazł. Trzy dni siedziałam przy biurku i się nudziłam. Już się za ścierką do kurzu oglądałam. W końcu wpadł przelotem do mnie i wrzucił mi na biurko trzy grube jak Biblia instrukcje.

Dodał przy tym: „- Basiu, Ty jesteś zdolna dziewczyna. To przecież nie jest Twoja pierwsza praca. Nie potrzebujesz, żebym Ci wszystko od zera tłumaczył. Masz doświadczenie. Przyszłaś do nas z dobrych firm. Masz tu dobre instrukcje. W nich jest wszystko. Przeglądnij to sobie dokładnie. Tu jest wszystko opisane bardzo szczegółowo. Patrz! Jest mnóstwo zrzutów z ekranu. Jak to sobie parę razy przeczytasz, to będziesz wiedzieć, jak pracować. W końcu w CV i na interview brylowałaś, że się potrafisz szybko uczyć. No to masz okazję to udowodnić. Więc czytaj i ucz się. Powodzenia”.

Skąd ja to znam? Deja vu. Wszędzie to miałam. Przyjeżdża „ciężarówka” i ci wywali taką zawartość na stół. Albo 500 stron instrukcji, albo 600 slajdów prezentacji. Już to ćwiczyłam wielokrotnie. I radź sobie z tym, człowieku. I jeszcze Ci stresu dowali: „Ty jesteś zdolna dziewczyna. Brylowałaś na interview. Masz okazję udowodnić”. No pomógł człowiekowi we wdrożeniu się w nową pracę jak nic. Na MBA go tych mądrości nauczyli? Jak tu się nie stresować? Jak tu nie robić błędów? Czy on nie wie, że większość instrukcji sobie, a życie sobie? A ja instrukcję mogę dopytać? A instrukcja mi pokaże w praktyce, jak coś robić? A jak instrukcja sprawdzi, że ja to dobrze zrozumiałam i dobrze wykonuję? Oczywiście, zaraz oberwę, bo zrobię błędy i będę robić długo. Nie ma, co marudzić. Trzeba się brać za tę zawartość wysypaną z tej pięknej ciężarówki. Kiedyś się przez to przebiję. Albo mnie to przybije.”

Instruowanie pracownika – wersja druga

Na „czar par”

Robert, specjalista ds. AML w dużym, międzynarodowym banku. Właśnie przeniósł się do działu AML z działu zarządzania reklamacjami dla kredytów hipotecznych. Praca w AML to dla niego zupełna nowość. Refleksje po pierwszym tygodniu od przeniesienia na nowe stanowisko:

„Trafiłem chyba na zły moment. W nowym dziale jest jakaś obsuwa wynikowa. Wszyscy panikują, spinają się, jak mogą, żeby dowieźć cele. Chyba wszyscy o mnie zapomnieli. Przez dwa pierwsze dni na nowym stanowisku mógłbym w ogóle do pracy nie przychodzić. Nawet by tego nie zauważyli. W końcu moja nowa szefowa sobie o mnie przypomniała. Zawołała mnie i innego pracownika z tego działu do swojego gabinetu. Co tam usłyszałem?:

SZEFOWA: „-Maciej, to jest nasz nowy kolega, Robert. Przyszedł do nas z reklamacji hipotecznych. Będzie teraz u nas. Trzeba go szybko wdrożyć. Ty masz największe doświadczenie. Nikt tak dobrze, jak Ty, nie zna wszystkich wyjątków i niuansów naszej pracy. Ty chyba też masz opanowane najlepsze triki, żeby tę robotę robić bezbłędnie i najszybciej. Zaopiekujesz się Robertem w tym tygodniu? Pokażesz mu wszystko, jak trzeba to robić?”

MACIEJ: „Pewnie. Pokażę mu całą swoją kuchnię. Każdy wyjątek z nim przejdę. Robert, przy mnie przejdziesz każdy niuans, każdy nietypowy przypadek. Będziesz potem śmigał lepiej ode mnie”.

SZEFOWA: „No, widzisz, Robercie. My tu w naszym dziale mamy opanowane najlepsze metody instruktażu. Gdzieś indziej by Cię zarzucali instrukcjami, musiałbyś czytać, studiować.

A my tu od razu praktykujemy. Będziesz łykał praktyczną wiedzę prosto od naszego maestro w zespole. Tylko się przykładaj. Patrz mu na ręce, na ekran i wchłaniaj, jak gąbka jego ruchy i triki. No dość gadania, panowie. Do dzieła”.

Pierwsze wrażenie było zachęcające. Do momentu, jak usiadłem z tym guru. Jak zaczął śmigać po ekranach, tłumaczyć mi naraz wszystkie przypadki świata, często przerywał, bo inni ciągle coś z nim konsultowali, potem nie pamiętał, o czym mówił, to myślałem, że wymięknę. Nic nie zapamiętałem. Miałem kartkę i długopis w ręce, ale to na nic. Jak mi się ten wydziałowy maestro rozszalał w opowieściach o wszystkich wariantach, a na dodatek klikał z prędkością światła, to prędzej by mi się kamera video przydała niż notatnik. Puściłbym sobie potem film w zwolnionym tempie i może coś bym zajarzył z tego, co ten naśmigał. No cóż? Trochę to przeczuwałem. Na moim poprzednim stanowisku w hipotekach też tak było. Tylko oni to inaczej nazywali. Na Buddy’iego. Nazwa inna, ale młyn instruktażowy ten sam. W sumie czułem się jak małpa, która ma bezmyślnie kopiować czyjeś ruchy. Nie byłem w stanie zrozumieć, jak ma przebiegać główna sekwencja pracy, gdzie się zaczynają odmiany i warianty. Samo patrzenie na jego śmiganie i urywane opowiastki nie dały mi obrazu tej pracy. Jedyne, co wyniosłem z tego „czaru par” to przekonanie, że źle zrobiłem przenosząc się z hipotek do AML. Pewnie mnie za tydzień, dwa, pogonią, bo nie dam sobie rady”.

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. więcej. Zamknij